Czesław Przybyszewski

Cze­sław Przy­by­szew­ski z żoną Ste­fa­nią oraz syn­ka­mi, Rysiem i Zeniem

wspo­mnie­nie wnucz­ki, Beaty Przy­by­szew­skiej Kujawy

 

Bab­cia bar­dzo czę­sto opo­wia­da­ła mi o Dziad­ku „Ceśku” – jak go nazy­wa­ła. Pozna­li się w koście­le we Lwo­wie, mie­ście, gdzie uro­dzi­ła się moja Bab­cia Ste­fa­nia. Dzia­dek jako młody woj­sko­wy w mun­du­rze słu­żył do mszy, a Bab­cia śpie­wa­ła w chó­rze. Cze­siek zwró­cił uwagę naj­pierw na dźwięcz­ny, wibru­ją­cy sopran, a potem poznał pięk­ną dziew­czy­nę z dłu­gim do pasa, ciem­nym war­ko­czem. Dzia­dek słu­żył w 23 baonie Kor­pu­su Ochro­ny Pogra­ni­cza (KOP), a potem po ukoń­cze­niu Szko­ły Poli­cyj­nej w Mostach Wiel­kich przy­dzie­la­ny był kolej­no do pracy w kilku poste­run­kach w oko­li­cach Tarnopola.

Kilka lat przed wybu­chem wojny osie­dli­li się w przy­gra­nicz­nej, zna­nej miej­sco­wo­ści let­ni­sko­wej – Zalesz­czy­ki. Był tam most, po któ­rym, jak wspo­mi­na­ła Bab­cia, ucie­ka­li ludzie do Rumu­nii, po wybu­chu wojny. Bab­cia „wier­ci­ła” dziad­ko­wi w brzu­chu dziu­rę, żeby prze­szli przez ten most – za gra­ni­cę, tak jak inni i rato­wa­li sie­bie i małych syn­ków przed zawie­ru­chą wojen­ną. Dzia­dek sta­now­czo odma­wiał i nie chciał nawet o tym sły­szeć, mówił, że musi być na poste­run­ku i jest to jego świę­tym obowiązkiem.

Sowie­ci zabra­li go wraz z kole­ga­mi z poste­run­ku Poli­cji Pań­stwo­wej w Zalesz­czy­kach, jesie­nią 1939 roku. Kiedy Bab­cia się o tym dowie­dzia­ła, pobie­gła na dwo­rzec i zdą­ży­ła poże­gnać się z Cześ­kiem. Bła­ga­ła, żeby nie jechał, nie zosta­wiał jej i dwóch malut­kich syn­ków: 6‑letniego Rysia i 5‑letniego Zenia. Na próż­no… Długo patrzy­ła na odjeż­dża­ją­cy pociąg i macha­ją­cą do niej białą chu­s­tecz­kę Dziad­ka… Jakże podob­ne obraz­ki oglą­da­łam w fil­mie Andrze­ja Wajdy –ten gra­nicz­ny most, to poże­gna­nie, te bła­gal­ne łzy i zaklę­cia powrotu…

Dzia­dek tra­fił do Ostasz­ko­wa – obozu umiej­sco­wio­ne­go w klasz­to­rze Niło­wa Pustyń na jezio­rze Seli­ger. Pod koniec 1939 roku Bab­cia dosta­ła od Cześ­ka pierw­szą kartę. Pisał, że jest zdrów, mar­twi się o nich, prosi o pacz­kę z cie­pły­mi rze­cza­mi i skórą na zelów­ki, wymie­nia nazwi­ska kole­gów, któ­rzy są wraz z nim…

Druga karta przy­szła na samym począt­ku 1940 roku, a ostat­nia mie­siąc po niej. W każ­dej z nich słowa miło­ści, tro­ski, nadziei, ale żad­nych szcze­gó­łów. Bab­cia nie wie­dzia­ła, jak bar­dzo cięż­kie warun­ki były w obo­zie. Siar­czy­ste mrozy docho­dzą­ce do minus 50 stop­ni, lodo­wa­ta wil­goć, oble­pia­ją­ca ciało, głód, wszy, cho­ro­by, tęsk­no­ta, niepewność…

Ponad 6400 jeń­ców Ostasz­ko­wa, wśród któ­rych naj­więk­szą grupę sta­no­wi­li poli­cjan­ci oraz funk­cjo­na­riu­sze KOP i służ­by wię­zien­nej, wła­sno­ręcz­nie usy­pa­li gro­blę łączą­cą wyspę z lądem. Wyrą­by­wa­li lód, sto­jąc w lodo­wa­tej wodzie, wywo­zi­li go sania­mi… Spali na wyso­kich, 6 kon­dy­gna­cyj­nych pry­czach, jedli rzad­kie zupy z cuch­ną­cych rybek, czar­ny chleb, pili „kipia­tiok”, nie­mi­ło­sier­nie mar­z­li, ale nie tra­ci­li ducha. Wie­rzy­li, że wrócą do kraju i rodzin. Kiedy zaczę­ły wycho­dzić trans­por­ty, pozo­sta­ją­cy w obo­zie więź­nio­wie zazdro­ści­li tym, któ­rzy wyjeż­dża­ją. Ponoć żegna­ła ich obo­zo­wa orkiestra.

Listy wywo­zo­we liczą około 100 osób – cza­sem mniej, cza­sem więcej.

Szli pie­cho­tą kilka kilo­me­trów do naj­bliż­szej sta­cji kole­jo­wej, następ­nie pocią­ga­mi prze­wo­żo­no ich do sie­dzi­by NKWD w Kali­ni­nie (dzi­siej­szy Twer). Tam zabi­ja­no ich strza­łem w tył głowy z pisto­le­tu Wal­ter, w obi­tym woj­ło­kiem i wyci­szo­nym pomiesz­cze­niu. Głów­ny kat – Bło­chin do swo­jej „pracy” ubie­rał się w skó­rza­ny brą­zo­wy far­tuch, dłu­gie ręka­wi­ce i buty z cho­le­wa­mi za kola­na. Bło­chin wraz ze swoją „zało­gą” miesz­kał na bocz­ni­cy kole­jo­wej, w spe­cjal­nym wago­nie. Kaci codzien­nie po zakoń­cze­niu rzezi poili się alko­ho­lem. Po zakoń­cze­niu wzo­ro­wo wyko­na­nej akcji – zastrze­le­niu ponad 6300 osób, dosta­li spe­cjal­ne pre­mie pie­nięż­ne. Mor­der­cy jed­nak w więk­szo­ści nie wytrzy­ma­li psy­chicz­nie i wcze­śniej lub póź­niej popeł­nia­li samo­bój­stwo. Pod koniec maja 1940 roku doły śmier­ci były pełne.

U Babci wkrót­ce zja­wi­li się NKWD-ziści z roz­ka­zem zabra­nia jej do Kazach­sta­nu. Do lodo­wa­te­go, nie­ogrze­wa­ne­go poko­ju, gdzie na ziemi spali wychu­dze­ni syn­ko­wie, wszedł Rosja­nin. To był Anioł – wspo­mi­na­ła Bab­cia. On nam daro­wał życie i kazał ucie­kać. „Mam też dwóch takich syn­ków” – tłu­ma­czył. „Ucie­kaj­cie szyb­ko”. Bab­cia zabra­ła wiel­ką i cięż­ką maszy­nę do szy­cia na żela­znych nogach, do toboł­ka zapa­ko­wa­ła cały doby­tek i z Rysiem i Zeniem wyje­cha­ła w nie­zna­ne. Jak moż­li­we było, by udźwi­gnę­ła taki cię­żar, by wytrwa­ła trudy włó­czę­gi, głodu, zimna – nie wiem…

Dla mnie była boha­ter­ką, dziel­ną i wspa­nia­łą kobie­tą. Zmar­ła w kwiet­niu 2000 roku, 60 lat po śmier­ci swo­je­go uko­cha­ne­go męża.

Beata Przy­by­szew­ska-Kuja­wa